Wrocław ma tę dziwną właściwość, że się go w ogóle nie odczuwa. Nie wymaga, nie zobowiązuje, po prostu jest, gości w sobie, płynie tak jak płynie Odra. Z upływem czasu w naturalny sposób zaczęłam oswajać się z tkanką miasta, już tak bardzo mnie nie zaskakuje, choć wciąż nie mogę się napatrzeć, kiedy jadę przed zachodem słońca przez Most Pokoju, a potem nabrzeżem, patrząc na Ostrów. Rower nosi mnie wszędzie, dzięki niemu widzę znacznie więcej, niż zza kierownicy samochodu. Jeżdżę po Dolnym Śląsku, odkrywam niepowtarzalne zakamarki, widoki zapisuję w sercu. Czasem, kiedy świat niczego ode mnie nie chce, przychodzi do mnie taka myśl, że jestem szczęśliwa. W głębi serca niczego mi nie brakuje, bo mam spokój, ładne widoki, góry, miasto, które mi nie przeszkadza i marzenia, które raz po raz spełniam. Mam dokąd pójść, nawet jeśli akurat nie mam z kim – bo zawsze jest Wrocław. Miesiące mijają szybko, ale każdy dzień intensywnie zapisuje się w pamięci. Naprawdę, zmieniło się.