Minęło ostatnie 11 miesięcy. Kiedy 1 maja zeszłego roku spotkaliśmy się po dłuższej przerwie u mnie w domu, nie wiedziałam, dokąd mnie to zaprowadzi. Minęły 44 intensywne tygodnie, wspólne lato, jesień i zima, a teraz jest wiosna. I właśnie teraz pakuję swoje niezbyt zadowalające jestestwo do kartonów i wywożę się jeszcze dalej. Zamykam ten zbyt długi rozdział, nie pamiętam już ile lat bez ładu i składu, zakończony przydługim, pełzającym romansem, bez cienia szansy na rzeczywistość. Za kilka dni obudzę się jeszcze 180 kilometrów dalej od Trójmiasta, za to jak nigdy blisko w góry. Postaram się zapomnieć o niepowodzeniach, przypomnieć sobie jak to jest fajnie, kiedy dookoła wszystko jest nowe. Jakoś przejdę przez syndrom odstawienia, kolejny raz coś sobie wytłumaczę i będzie dobrze.
Boję się, bo nie wiem, co tam jest. Tutaj jest wsyzstko, czego nie chcę, ale to zarazem wszystko, co znam. I to, że będzie mi brakowało zapachu jego ubrań.
I po co się tak przyzwyczajać. I jak połączyć w sobie potrzebę braku zmian, z potrzebą zmian?
Panie Obłoczny
Panie z daleka
Prowadź mnie czule
Albo zaniechaj
(…)