Pierwszy i pewnie ostatni koncert Nine Inch Nails w Polsce. W moim mieście, po prostu przyjechałam kilka przystanków autobusem.
Przez dwie godziny nic innego się nie liczyło, czasem było aż za dużo, na pewno nie mieściło się to w moim dotychczasowym rozumieniu, czym jest koncert. Rewelacja, szok. Całą noc grało w głowie.
Nie ryczałam jak bóbr chyba tylko dlatego, że nie byłam sama :) O. miała czarne kreski wzdłuż policzków.
Zastanowiłam się przez moment, jak bym odpowiedziała na pytanie – zasłyszane w reklamie w radiu – “A jakie jest twoje drugie oblicze?”
Odpowiedź brzmi: ta, co lata godzinami nad garami w kuchni, przygotowując obiad dla gości, wkładając w to całe posiadane serce. Przypuszczam, że mało kto mnie o to na pierwszy rzut oka posądza :D
Nadejszła wiekopomna chwiła i pierwszy raz od 26 lat (!) nie spędzam świąt z rodziną. Siedzę w Poznaniu, w posprzątanej chacie, nagotowana za wszystkie czasy, czekam na kumpla, który przyjdzie dzisiaj na kolację. Jutro na obiad przyjdzie para znajomych. Dzisiaj, w niedzielę wielkanocną, spałam do 13, dawno nie byłam tak odprężona. Nie myślę o niczym, w każdym razie o niczym złym. Zastanawiam się co chwilę, dlaczego trzeba było aż tylu lat, żebym w końcu wzięła sprawy w swoje ręce i przestała się bać konsekwencji. Dobrze być panem swojego losu :) dobrze zdać sobie z tego sprawę, nieważne, że późno. U mnie przecież wszystko przychodzi późno, zwłaszcza opamiętanie.
Tak jest dobrze.